13 listopada 2017

Chłopaki Anansiego, Neil Gaiman

Wiedźmowa głowologia, recenzje książek, fantastyka, wydawnictwo MAG

Osobom zapoznającym się z twórczością Neila Gaimana, Chłopaki Anansiego mogą wydać się czymś znajomym. Owszem, Anansi pojawiał się w Amerykańskich bogach, jednak tym razem autor przedstawia czytelnikom historię synów boga-pająka. Powieść jest lżejsza, bardziej mitologiczna i opiera się na zasadzie kontrastu. Ale do rzeczy!

Charles Nancy jest typowym nieudacznikiem. Nic mu nie wychodzi, nie lubi swojej pracy, w dodatku najprawdopodobniej ją straci, narzeczona trzyma go na dystans, a powiedzieć, że przyszła teściowa jest mu nieprzychylna, to spore niedopowiedzenie. Problemy zaczęły się już w dzieciństwie, gdy na każdym kroku wstydził się za swojego ojca, który uwielbiał żartować sobie z innych, a zwłaszcza ze swojego syna. Co gorsza ojciec miał dar nazywania różnych rzeczy, więc gdy raz nazwał potomka Grubym Charliem, to tak już zostało. Gdziekolwiek pojawiał się Charlie, zaraz przybiegało imię nadane przez ojca, a za nim dreptał wstyd. Teraz na przykład wstydzi się za sposób, w jaki jego ojciec zszedł z tego świata podczas wieczoru karaoke. Mimo to Gruby Charlie jedzie na pogrzeb, a uczynna sąsiadka informuje go, że zmarły ojciec był bogiem, a on sam ma brata, którego może wezwać przez pająka. 

„Pani Dunwiddy zdjęła ze stołu czerwono-białą ceratę w kratkę.
– Kto ma czarne świece? – spytała.
– Ja mam świece – odparła panna Noles.
U jej stóp stała torba z zakupami. Panna Noles pogrzebała w niej i wyciągnęła cztery niemal czarne świece – jedną wysoką, pozbawioną ozdób, pozostałe trzy w kształcie karykaturalnych czarno-żółtych pingwinów z knotami sterczącymi z główek.
– Tylko takie mieli – dodała przepraszającym tonem […].
– A teraz – powiedziała pani Dunwiddy – diabelska trawa, korzeń Świętego Jana Zdobywcy i krwawnik miłosny.
Pani Bustamonte sięgnęła do swojej siatki i wyciągnęła niewielki szklany słoik.
– Zioła prowansalskie – wyjaśniła. – Pomyślałam, że się nadadzą.
– Zioła prowansalskie? – powtórzyła pani Dunwiddy. – Zioła prowansalskie!
– To jakiś problem? – spytała pani Bustamonte. – Zawsze ich używam, gdy w przepisie każą dosypać bazylii albo doprawić oregano. Nie mam do tego głowy. Moim zdaniem to wszystko zioła prowansalskie.
Pani Dunwiddy westchnęła.
– Wsyp je – poleciła.”*

Historia wydaje się być nieco absurdalna i w zewnętrznej warstwie powieści faktycznie taka jest. Na szczęście Gaiman doskonale ukrywa drugie dno (a czasem również trzecie… i czwarte…), które oferuje mądry i wartościowy przekaz. Bo w gruncie rzeczy Chłopaki Anansiego to powieść o odnajdywaniu siebie i swojego miejsca na Ziemi. O szukaniu, gubieniu, zmienianiu i dostosowywaniu świata do swoich potrzeb. I o tym, że na zmiany nigdy nie jest za późno, a do niektórych rzeczy po prostu trzeba dojrzeć.

Zrobiło się poważnie, ale nie martwcie się – Gaiman nie przytłacza, raczej edukuje przy okazji. Może nawet sam jest trochę jak Anansi i wodzi czytelnika za nos, żartując sobie z niego, aby sprawdzić, czy w końcu dojdzie do odpowiednich wniosków. Życie byłoby nudne, gdyby wszyscy wszystko wiedzieli już na samym początku. Z drugiej strony jest takie chińskie przekleństwo: „obyś żył w ciekawych czasach”, więc może nuda nie jest najgorszą rzeczą, która może się przytrafić człowiekowi. Zwłaszcza gdy chodzi o brata będącego twoim całkowitym przeciwieństwem…

Spider w niczym nie przypomina Grubego Charliego. Zabawny, dowcipny, niefrasobliwy, bierze od życia, co chce i nic nie daje w zamian. Ludzie marzą, by znaleźć się w jego towarzystwie, bo on im sugeruje, że powinni tego pragnąć, a kobiety lgną do niego jak opiłki do magnesu. Generalnie – high life. Na co komu praca i szara, nudna egzystencja, skoro cały czas można się bawić, prawda? Gaiman dobrze wykorzystał kontrast obu postaci i sprawił, że świetnie się uzupełniały. Samodzielnie były zbyt przerysowane i trochę nienaturalne, ale razem… O tak, razem stanowiły całość.

„Historie Anansiego są pełne dowcipu, sprytu i mądrości. Na całym świecie ludzie przestali myśleć wyłącznie o byciu myśliwym bądź ofiarą. Zaczęli używać rozumu do rozwiązania kłopotów, choć czasem rozum wpędzał ich w jeszcze większe kłopoty. Wciąż muszą napełniać brzuchy, ale teraz próbują wymyślić, jak to zrobić bez pracy – i dzięki temu ludzie zaczęli posługiwać się rozumem.”

Kontrast pojawił się również w stylu autora, który zgrabnie przeskakiwał między przyziemną i przygnębiającą rzeczywistością życia Grubego Charliego a dzikim i tajemniczym klimatem afrykańskiej mitologii. Chwilami czułam się tak, jakbym czytała zbiór mitów lub słuchała opowieści przy ognisku. Historie Pająka bardzo ładnie oplatają (siecią) główną fabułę książki, wprowadzają nowe motywy lub wyjaśniają niezrozumiałe fragmenty. Dodatkowo tworzą klimat mistycyzmu, który bardzo dobrze komponuje się z twórczością Gaimana.

Co prawda kilka razy miałam déjà vu i nie mogłam powstrzymać wrażenia, że znam tę historię, motywy nie są mi obce, a całość próbuje wyrwać się z jakiejś dawno zapomnianej szufladki w mojej pamięci. A jestem pewna, że nigdy wcześniej nie czytałam Chłopaków Anansiego. Nie jestem tylko przekonana, czy można to potraktować jako mankament książki. Czy to źle, że jest w niej coś znajomego, co sprawia, że powieść jest bliska czytelnikowi?

Na zakończenie chciałabym jeszcze wspomnieć o dwóch rzeczach. Po pierwsze podoba mi się sposób, w jaki autor splata losy bohaterów i sprawia, że różne działania prowadzą ich w to samo miejsce. Po drugie uwielbiam poczucie humoru Gaimana i widzę coraz więcej podobieństw pomiędzy nim a Terrym Pratchettem. W podobny sposób operują absurdem, by zwrócić uwagę czytelnika na rzeczy banalne, o których normalnie się nie myśli. Może nie jest to ten sam poziom, ale z każdą kolejną książką coraz bardziej przekonuję się do twórczości Gaimana.

„Świece wypożyczone z baru nad basenem były małe i białe, nie wysokie i czarne. Pani Higgler zapewniła, że zdoła znaleźć na wyspie zioła, których potrzebują, lecz Gruby Charlie polecił Clarissie pożyczyć z kuchni torebkę ziołowej przyprawy do mięsa.
– Myślę, że najważniejsza jest pewność siebie – wyjaśnił. – Szczegóły nie mają znaczenia. Trzeba po prostu zapewnić magiczną atmosferę.”

Chłopaki Anansiego to humorystyczna, wręcz groteskowa powieść z silnym mitologicznym wydźwiękiem, która hipnotyzuje i wrzuca czytelnika w sam środek misternie utkanej sieci wydarzeń. Autor bawi się kontrastem, przeplatając absurd z mądrym przekazem i sprawiając, że historia zyskuje drugie dno. Nie jest to może najlepsza powieść Gaimana, ale zdecydowanie plasuje się w mojej prywatnej czołówce. Polecam wszystkim miłośnikom nieoczywistych książek z przesłaniem i dużą dawką humoru.

*Wszystkie cytaty pochodzą z książki Chłopaki Anansiego autorstwa Neila Gaimana.


Za książkę do recenzji dziękuję wydawnictwu MAG.

15 komentarzy:

  1. Aż nie mogę się doczekać, kiedy sama sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będzie Ci się podobać ;)

      Usuń
  2. Chłopaków czytałam przed Bogami i mam do nich duży sentyment. Zresztą co tu kryćm Gaimana mogę jeść łyżkami ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam wrażenie, że dopiero niedawno dojrzałam do Gaimana (jakkolwiek głupio to brzmi). Pratchetta czytałam od podstawówki, za to Gaiman zawsze mnie zniechęcał, a przecież obaj panowie słyną z tego, że używają absurdu do przekazywania treści. Teraz, kiedy widzę te mądrości ukryte pod zewnętrzną warstwą powieści Gaimana, jestem bardzo usatysfakcjonowana. Co oznacza, że chyba powinnam wrócić do Nigdziebądź i Gwiezdnego pyłu (zwłaszcza tego drugiego, bo czytałam go tuż przed pojawieniem się filmu).

      Usuń
    2. Gwiezdny pył to chyba jedna z moich ulubionych opowieści, ale to bardziej za sprawą filmu i cudnego De Niro ;) Książkę czytałam już po filmie i chociaż się dość znacznie różnią, normalnie mam do niej słabość :D

      Usuń
  3. Zbieram serię, nawet wymieniłam starsze wydania. Chłopaków też kupię. Najbardziej kocham Nigdziebądź i Koralinę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam tylko Nigdziebądź w innym wydaniu, Amerykańskich bogów i Gwiezdnego pyłu nigdy nie miałam, ale nie kupiłam (i teraz żałuję :D).
      Mnie chyba najbardziej oczarowała Księga cmentarna ;)

      Usuń
  4. Jakie piękne zdjęcie! MOje to się chowa do twojego :D
    Świetna recenzja. Miło tak przeczytać po swojej czyjąś która pokazuje ponowną opinię.
    To znak że nie zwariowałam D:

    Podrugiejstronieokładki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się podoba ;)
      Prawda? Niby każdy ma prawo do własnych wniosków, ale jak ktoś niezależnie od Ciebie pisze coś podobnego, to od razu robi się lepiej :D

      Usuń
  5. Uwielbiam Gaimana więc nie mogłam oprzeć sie kupnu całej serii z wydawnictwa MAG, bardzo się ciesze że wychodzą w takim pięknym wydaniu *.* Na mojej liście pierwszeństwo mają :Amerykańscy bogowie"bo chciałabym w końcu móc zacząć oglądać serial ;)

    booklicity.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! Wydanie jest boskie :)
      Amerykańskich bogów czytałam. Książka mi się podobała, bo mam słabość do mitologii, ale generalnie z perspektywy czasu rusza mnie chyba najmniej ze wszystkich książek Gaimana.

      Usuń
    2. No nie, ty mnie tak nie strasz!

      Usuń
  6. Nigdy nie miałam nic w ręku tego autora, ale raczej nie sięgnę po tę książkę.
    Pozdrawiam i zapraszam też do mnie: http://www.szeptyduszy.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszym odruchu chciałam napisać, że szkoda, ale w gruncie rzeczy wcale nie! Na pewno trafisz na inne wartościowe książki, które przypadną Ci do gustu ;)

      Usuń
  7. Nigdy nie czytałam twórczości Neila Geimana i to jest chyba mój błąd. Świetna recenzja ;)
    zapraszam do siebie: http://wybookowa-elousiafletcher.blog.pl/

    OdpowiedzUsuń