Są książki, o których trudno cokolwiek napisać i niestety Na wschód od zachodu autorstwa Wojciecha Jagielskiego jest jedną z takich książek. O ile zamysł książki jest fascynujący, o tyle później pojawiają się schody. Przynajmniej dla Człowieka Zachodu, którym z całą pewnością jestem.
Główna część książki skupia się wokół lat 60, kiedy to hipisi masowo podróżowali do Indii, w których upatrywali krainę mlekiem i miodem płynącą. Uznali, że to miejsce wypełnione pokojem, miłością i duchowością, gdzie każdy może być sobą bez żadnych zahamowań i potrzeb. Chcieli pobierać nauki u lokalnych guru lub upalać się trawką, spać na plaży i wieść niezobowiązujące życie wagabundów. W ogóle nie dostrzegali, że Indie trawią wewnętrzne i zewnętrzne konflikty, a rzeczony spokój jest możliwy jedynie wtedy, gdy ignorancja nie pozwala dostrzec prawdy. No ale przecież ich raj z pewnością nie jest jak pedantyczny, zapracowany Zachód goniący za pieniędzmi, czasem i władzą, wojny nie imają się tego miejsca, a podziały kastowe nie istnieją, prawda?



