Czy próbowałeś kiedyś zrobić sobie dwudziestoczterogodzinny detoks od Internetu, komórki, komputera i innych urządzeń elektronicznych, które sprawiają, że cały czas jesteś online? Zastanawiałeś się, jakbyś się wtedy czuł, co byś robił przez ten czas i czy w ogóle dałbyś radę?
W 1985 roku Neil Postman zaproponował próbę odcięcia się od stałego dostępu do informacji czytelnikom książki Zabawić się na śmierć, a przecież wiadomo, że wtedy problem nie był jeszcze aż tak dotkliwy jak obecnie. W tej chwili odcięcie się od informacji wydaje się dla nas czymś tragicznym, niemożliwym do przeżycia. Nie móc skontaktować się ze znajomymi, skonsultować z Wujkiem Googlem lub Ciocią Wiki ani sprawdzić maila z każdego miejsca na ziemi? Ale jak to tak?! Ja na przykład uwielbiam sprawdzać maile w głębi lasu na obozie harcerskim. Nie ma stałego dostępu do prądu, ale zawsze można usiąść na mchu, oprzeć się o pień brzozy i zerknąć czy nikt niczego ode mnie nie chce (a że przeważnie chce akurat jak mnie nie ma, to wyjątkowo nie jest to podejście zupełnie nieuzasadnione). Co nie zmienia faktu, że przecież nic by się nie stało, jakbym tego maila nie sprawdziła. Świat by się nie skończył, nie umarłabym ani nic z tych rzeczy. To po prostu swoisty przymus społeczny, któremu podporządkowaliśmy się bez zbędnego pytania o powody.
