Imię Bestii autorstwa Jacka Komudy dostałam na urodziny już dobrych kilka lat temu. Od tego czasu książka stała sobie na półce, najpierw w akademiku, potem w kolejnych wynajmowanych mieszkaniach, aż w końcu wylądowała na moim cudownym regale w pokoju. No i tak stała i czekała na lepszy czas. Na fali ostatnich narzekań, że chciałabym przeczytać książkę, która nie ma miliona tomów, uznałam, że najwyższa pora zapoznać się z twórczością Komudy. Mimo że zdarzało mi się trzymać w dłoniach jego książki (przeważnie wtedy, gdy kupowałam prezenty urodzinowe dla koleżanki), jakoś nigdy żadnej nie przeczytałam, więc jakby nie patrzeć jest to mój pierwszy prawdziwy kontakt z tym autorem.
Chyba każdy kto słyszy nazwisko Komuda od razu kojarzy je ze historyczną fantastyką szlachecką. Może określiłam to w dość niefortunny sposób, ale według mnie to doskonale oddaje ideę twórczości tego autora. Szable, kontusze, wąsy, dużo pijaństwa i bójek, a czasem w tle pojawia się jakiś wątek nadprzyrodzony, dzięki czemu można przyporządkować książkę do fantastyki. W tym wypadku jest podobnie, chociaż zupełnie inaczej. Niby absurd, ale już wyjaśniam, o co chodzi.
