W nowy rok weszłam z Czarnym Pryzmatem Brenta Weeksa i prawdę powiedziawszy nie jestem w stanie prześledzić drogi, jaką poszły moje myśli, decydując się na tę lekturę. To znaczy znam ostateczny powód, a jest nim kolor w tytule, ale zabijcie, nie wiem, dlaczego ta seria znalazła się na mojej prywatnej liście "do przeczytania". Z pewnością czytałam sporo pochlebnych opinii o Weeksie, ale o jego drugiej serii, której dziwnym trafem nie mam na liście. O istnieniu tej, którą otwiera Czarny Pryzmat, nie miałam pojęcia. Co gorsza, jak zobaczyłam okładkę, to nie wiedziałam co to w ogóle jest i skąd się wzięło. A gdy skończyłam czytać i dotarło do mnie, że to nie jest zamknięta seria... No cóż... Parafrazując puentę popularnego jakiś czas temu dowcipu: "Nie wiem, Wiedźma, nie wiem...". Naprawdę nie wiem, skąd wzięła mi się ta książka. Ale skoro już przeczytałam, to chyba warto napisać coś więcej, prawda?
Gavin Guile jest Pryzmatem, czyli tytularnym cesarzem i przywódcą religijnym, a w praktyce największym magiem w Chromerii. Najchętniej robiłby, co mu się żywnie podoba, ale niestety wszędzie łażą za nim Czarnogwardziści (wyborowe wojsko), a Biel stara się pociągać za wszystkie sznurki i tak naprawdę to ona rządzi krajem. Oznacza to jedynie tyle, że Gavin wiecznie wymyka się żołnierzom, żeby zajmować swoimi sprawami, co ostatnio oznacza zweryfikowanie, czy faktycznie posiada syna z nieprawego łoża i może ewentualnie wywołanie jakiejś wojny... Bo czemu by nie? W końcu jest Pryzmatem, prawda?
