Od dawna nie trafiłam na książkę, którą mogłabym kategorycznie określić mianem arcydzieła lub totalnego chłamu. W związku z tym uznałam, że czas to zmienić. Jako że o genialne książki trudno, a moje tegoroczne wybory jakoś zupełnie nie pokrywają się z wyobrażeniami, uznałam, że napiszę bardzo złą recenzję na temat książki, która na pewno mi się nie spodoba. W związku z tym sięgnęłam po Zanim się pojawiłeś autorstwa Jojo Moyes. Książka zdobyła popularność głównie dzięki ekranizacji z Deanerys (bardzo nie lubię, gdy mówi się o aktorach jako o postaciach, które grają, ale nie ukrywajmy - ile osób kojarzy, że aktorka nazywa się Emilia Clarke?).
No i teraz pozostaje pytanie: czy książka okazała się oczekiwaną kiepścizną, marnym romansidłem z rozmemłaną fabułą, czy może jednak jest w niej coś więcej?
Bardzo chciałam napisać złą i niepochlebną opinię. Ba, po kilkunastu stronach byłam przekonana, że jednak nie zdzierżę, nie przeczytam i nie będzie tej recenzji, ale wzięłam się w garść i kontynuowałam. Po kilku godzinach czytania mogę powiedzieć jedno: chcieć nie zawsze znaczy móc.
