Wiecie, że po książki Brandona Sandersona sięgam w ciemno. Na ogół bez zastanowienia je kupuję i zawsze czerpię przyjemność z lektury. Tym razem jednak zachowywałam się wyjątkowo ostrożnie i dość długo krążyłam dookoła nowej na polskim rynku wydawniczym serii skierowanej do dzieci – Alcatraz kontra Bibliotekarze. Ostatecznie zdecydowałam się na przeczytanie Piasku Raszida w oryginale. I cieszę się, że nie zainwestowałam pieniędzy w wersję papierową...
Alcatraz Smedry jest sierotą i ciągle zmienia rodziny zastępcze. Nawet nie chodzi o to, że jest niegrzeczny czy wpada w złe towarzystwo, po prostu ciągle coś psuje. A to urwie klamkę, a to podpali firanki w kuchni... No każdemu się zdarza, prawda? W dniu trzynastych urodzin listonosz przynosi mu przesyłkę od rodziców, a w niej Alcatraz znajduje... worek piasku. Od dawna podejrzewał rodziców o spaczone poczucie humoru (no bo kto daje dziecku imię po jednym z najgorszych więzień na świecie?), ale to już jest przegięcie! Jakby tego było mało, następnego dnia zjawia się szalony staruszek, który twierdzi, że jest jego dziadkiem i ze zdumieniem stwierdza, że spóźnił się o jeden dzień na urodziny wnuka, a okropnie ważny Piasek Raszida gdzieś przepadł. W związku z tym Alcatraz musi go odzyskać. Ale gdzie szukać? Oczywiście, że w Bibliotece! Przecież to główna siedziba demonicznych Bibliotekarzy!
