21 lutego 2018

Magia kąsa, Ilona Andrews

Wiedźmowa głowologia, recenzje książek, książki fantastyczne, urban fantasy, Fabryka Słów

Chyba nikt nie lubi rozczarowań, a czytelników szczególnie bolą te literackie. Jak na razie w tym roku miałam szczęście i trafiałam na książki, które spełniały moje oczekiwania, jednak Magia kąsa zupełnie nie podołała wymaganiom. Wiecie, jak to jest – wysoka ocena na portalach czytelniczych, pozytywne recenzje i fakt, że powieść doczekała się wznowienia. Wszystko wręcz krzyczało, że to dobra książka, którą warto przeczytać i na której się nie zawiodę. A tu taki psikus...

Kate Daniels jest super, hiper, pro i genialna, czyli typowa Mary Sue w akcji. To taka twardzielka, której nie grozi śmierć, bo jest zbyt fajna, żeby umrzeć, bez względu na to, ile razy dostanie ostrzem w brzuch. Ma magiczny miecz, którym otwiera zamki na karty magnetyczne (wsuwa ostrze w szczelinę na kartę i mruczy zaklęcie...). Ba! Jej cudowne oręże czasami świeci (nie wiem, czy na orki również), innym razem paruje, zdarza mu się również... kapać jakąś cieczą. Gdy opowiadałam o tym koleżance, spytała mnie, czy to nie jest jakaś parodia. Z przykrością stwierdzam, że nie, to wszystko jest absolutnie na serio. Oprócz tego Kate dysponuje olbrzymią magią, tajemniczą przeszłością i jeszcze bardziej tajemniczym ojcem oraz niesamowicie ciętym językiem. Za nic ma sobie autorytety i mimo że na każdym kroku podkreśla, że ktoś mógłby jej zrobić to czy tamto albo że nawet by się nie przejął, gdyby ją zabił, to i tak miele ozorem jak nienormalna, np. jak podczas spotkania z przywódcą zmiennokształtnych:

„Dyplomacja nigdy nie była moją mocną stroną, a zatem cierpliwość szybko mi się skończyła. Przykucnęłam i patrząc w cień, zaczęłam wołać:
– Tutaj, koteczku, chodź do mnie, kici, kici, kici.
W mroku rozbłysła para złotych oczu. Ciemny kształt i para oczu zaczęły podnosić się i podnosić, by w końcu spojrzeć na mnie z góry. Nienaturalnie wielka łapa przesunęła się w świetle księżyca, podnosząc kurz z brudnej ulicy. Z łapy wysunęły się na moment wielkie, brudne pazury, by zaraz schować się w miękkich fałdach futra [...].
– Kici, kici? – spytał niski, męski głos [...].
– Rzeczywiście – odparłam. – Zaskoczyłeś mnie trochę i przyszłam nieprzygotowana. Następnym razem przyniosę trochę śmietanki i jakieś kocie zabawki.”*

Ha! To się uśmiałam... Podejrzewam, że ten brak instynktu samozachowawczego miał generować zabawne sytuacje, ale niestety taki system się nie sprawdza. Kiedy postaci i całe sceny są tworzone dla żartów, to w pewnym momencie po prostu przestaje być śmiesznie. Uważam, że humor powinien być niewymuszony i przychodzić w sposób naturalny, a nie wynikać z nadmiernego wyszczekania bohaterów, którzy zachowują się nieadekwatnie do sytuacji. 

Bo żeby nie było – nie tylko Kate ma problemy z trzymaniem języka za zębami i kontrolowaniem własnego zachowania. Niejaki Władca Bestii – przywódca zmiennokształtnych – jest tak niespójny, że bardziej się już nie da. Z jednej strony prowokuje Kate i wiecznie się z niej nabija (co byłoby całkiem fajnym pomysłem na postać, bo pokazywałoby, że traktuje ją z pobłażaniem i się z nią bawi, jak przystało na zwierzę, którym częściowo jest), a z drugiej co chwilę się na nią rzuca, obraża ją, grozi jej śmiercią i strzela focha (jak nastoletnia księżniczka, która zobaczyła, że inna księżniczka ma bardziej błyszczącą koronę), bo niedobra Kate ośmieliła się oddać ripostę lub zrobiła coś nie po jego myśli. A gdy sam podrzuca jakiś pomysł, który później okazuje się być fiaskiem, zwala na nią całą winę. Bo czemu by nie, prawda? W końcu jest Władcą Bestii i wszyscy powinni mu się podporządkować. Naprawdę długo dawałam mu szansę, bo miałam wrażenie, że ma potencjał, ale nie, jednak nie ma. Jest skopany na całej linii.

„– [...] Ostatnio wilk alfa został ranny [...].
– Co stało się wilkowi alfa? – przerwałam mu.
– Lego.
– Lego? – nie zrozumiałam. Zabrzmiało jak grecka nazwa, a nie przypominałam sobie żadnej mitologicznej istoty o takim imieniu.
– Niósł pranie do sutereny i stanął na starym komplecie klocków LEGO, które jego dzieci zostawiły na schodach. Złamał dwa żebra i kostkę.”

Książkę mógłby uratować świat, ale niestety okazał się abstrakcyjny i przeładowany. O ile podobały mi się przypływy i odpływy magii, które wpływały na skuteczność technologii oraz zwiększały lub zmniejszały moc osób uzdolnionych, o tyle cała reszta została wrzucona do jednego gara i wyciągana w razie potrzeby. Chwilami miałam wrażenie, że zza zakrętu wyskoczy jakiś koleś bez nosa i krzyknie Avada Kedavra! I znów – bo czemu by nie. W którymś momencie przestałam nawet próbować zrozumieć, jak działa ten świat (i dlaczego magia uznała za stosowne zniszczyć fabrykę Coca-Coli w Atlancie – skandal!), bo przekazywane informacje i tak były niewystarczające, żeby ogarnąć ogrom wykreowanego miszmaszu.

Poza tym w książce pojawia się wiele nieścisłości. Trudno byłoby orzec, która postać jest mocniejsza czy lepsza, bo nagle okazywało się, że ktoś pozornie silniejszy nie jest w stanie pokonać działania zaklęcia, które ktoś inny i potencjalnie słabszy bez problemu obchodził. Zamieszanie wprowadzały też „słowa mocy”, których Kate nigdy wcześniej nie używała, bo korzystnie z nich było zbyt ryzykowne, aż tu nagle zaczęła szastać nimi na prawo i lewo. I to z przeciętnymi efektami, bo na ogół nie wychodziło z nich nic spektakularnego. A podobno kryła się za nimi taka wielka, potężna moc...

Ale wiecie, co jest w tym wszystkim najgorsze? Magia kąsa ma całkiem przyjemną i zgrabnie poprowadzoną fabułę, a to oznacza, że mogłaby być naprawdę dobrą książką z gatunku urban fantasy. Jeśli już przemknie się nad absurdami, to historia prezentuje się solidnie i stanowi niezwykle wartościowy element powieści. Główny wątek dotyczący śmierci opiekuna Kate jest intrygujący i sprawia, że czytelnik chce poznać odpowiedzi na mnożące się pytania. Do tego akcja rozgrywa się na kilku płaszczyznach, a okruszki czasami prowadzą w ślepe zaułki, więc wyciąganie wniosków wcale nie jest takie proste. Gdy doda się do tego nienachalny, ale wyczuwalny wątek słowiański to robi się ciekawie.

„Dziwię się, że dojście do tych wniosków zabrało ci aż tyle czasu. Przecież niemal dałem ci mapę ze wskazówkami i rozsypałem na twojej drodze okruszki, ptaszyno. Jedyne, co miałaś zrobić, to podążać wyraźnym tropem, a ty włóczyłaś się gdzieś na boki i cofałaś. Małpa zrobiłaby to szybciej.”

Jestem zła, że cała reszta jest tak skopana, bo z tego, co się orientuję, Ilona Andrews** w każdym tomie wykorzystała inną mitologię, a ja lubię czytać książki z takimi motywami. Mimo to nie zamierzam sięgać po kontynuację, bo nie zdzierżyłabym już więcej Kate i jej nieśmiertelności połączonej z niewyparzoną gębą i brakiem instynktu samozachowawczego. Nie lubię historii napędzanych głupotą bohaterów, ale okazuje się, że jeszcze bardziej nie lubię książek, w których postaci świadomie postępują głupio lub rzucają „śmiesznymi” tekstami w nieodpowiednich momentach, byle zwiększyć liczbę żartów. Chyba nie muszę dodawać, że czuję się bardzo rozczarowana i nie polecam?


* Cytaty pochodzą z książki Magia kąsa autorstwa Ilony Andrews.
** Pod pseudonimem Ilona Andrews ukrywa się małżeństwo – Ilona i Andrew Gordonowie. Ilona pochodzi z Rosji, więc mąż pomagał jej przy pisaniu i tłumaczeniu książki. 


Za książkę do recenzji dziękuję księgarni internetowej Tania Książka.
Koniecznie sprawdźcie nowości na stronie księgarni :)

22 komentarze:

  1. Już mnie Kam przestrzegła przed tą książką, Ty doprawiłaś i nie przeczytam. Chyba że będę chciała coś złego. Powinnam przeczytać coś złego bo za dużo czytam dobrego, hah.

    "jak nastoletnia księżniczka, która zobaczyła, że inna księżniczka ma bardziej błyszczącą koronę"
    <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozdrów Kam :D Cieszę się, że nie jestem jedyną osobą, której książka nie przypadła do gustu, bo biorąc pod uwagę opinie na LC, miałam wrażenie, że coś jest ze mną nie tak O.o

      Jak chcesz coś złego, to znajdziemy coś lepszego... Gorszego? ;)

      Usuń
    2. Tak chyba często jest, że się człowiek zastanawia, skąd te opinie na LC się biorą. :)

      Spoko, mam Twoje zestawienie najgorszych książek. :D Coś sobie wybiorę. :)

      Usuń
    3. Ale to tylko z zeszłego roku! A mam kilka gorszych książek, np. Zagubieni chłopcy Carda. Moja trauma. Nie rozumiem, jak tak dobry pisarz, może być tak nierówny i napisać coś tak złego.

      Usuń
    4. No dobra. To podrzuć trzy najgorsze książki, jakie przeczytałaś w życiu. :P

      Usuń
    5. Najgorsze powiadasz? Zagubieni chłopcy Carda - ależ to było rozczarowanie! Kwiat kalafiora Musierowicz - nigdy więcej twórczości tej kobiety, przecież tego się nie da czytać! I Ostatni czytelnik albo Buszujący w zbożu - równie bezsensowne i o niczym, więc ciężko stwierdzić, co właściwie jest gorsze.

      Usuń
  2. Ha! Bardzo się cieszę, że ktoś się ze mną pod tym względem zgadza. Lubię urban fantasy (choć trzeba przyznać, że wszystkie tworzone są na bazie tego samego schematu, więc jak ktoś przeczytał jedną serię, to tak, jakby przeczytał wszystkie), dlatego szybko skusiłam się na serię o Kate Daniels. Przyznaję, że na zakup książki ogromny wpływ miały najwyższe oceny i ogólne zachwyty dochodzące z blogosfery (serio, 9/10 i 10/10 były na porządku dziennym).
    No i co? No i bardzo się rozczarowałam.
    - schemat goni schemat,
    - świat przedstawiony (który miał być oryginalny) tak naprawdę nie został opisany (zwłaszcza intrygujące przerwy właściwie zignorowano),
    - zachowanie bohaterów było nielogiczne, trochę trudno mi w cały ten romans uwierzyć,
    - główna bohaterka okazała się Mary Sue,
    - poczucie humoru było słabe (a to tym się głównie wszyscy zachwycali).

    Podobnie rozczarowałam się w przypadku "Mojej Lady Jane". Nie wiem, czy czytałaś, ani czy zamierzasz, ale w razie czego miej na uwadze, że w tym przypadku zachwyty także są przesadzone.

    https://przegladpopkultury.wordpress.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Te oceny wydają mi się tak oderwane od rzeczywistości, że aż zastanawiałam się, czy to może ze mną jest coś nie tak. Dobrze wiedzieć, że nie jestem sama.

      I mimo że większość urban fantasy kręci się wokół tego samego wątku (Magia kąsa przypominała mi trochę serię o Mercedes Thompson), to tutaj historia naprawdę była fajnie poprowadzona. Tylko co z tego, skoro cała reszta była skopana?

      A nie miałaś wrażenia, że autorzy nie mieli za bardzo pomysłu na to, jak ten świat tak naprawdę powinien wyglądać i na czym powinna się skupiać magia? Jest tego tak dużo i w dodatku tak porozrzucane po całej książce, że ciężko stworzyć jedną spójną wizję.

      Poczucie humoru byłoby całkiem fajne, gdyby żarty nie determinowały zachowań bohaterów. Miałam wrażenie, że postaci są drugorzędne względem dowcipów, a coś takiego nie powinno mieć miejsca. Gdyby było ich o połowę mniej i pojawiałyby się w sensownych i uzasadnionych miejscach, to myślę, że byłoby OK.

      O nie, przeczytałam opis tej książki i uznałam, że to zupełnie nie moja bajka. Widzę, że słusznie.

      Usuń
    2. Zastanawiałam się dokładnie nad tym samym. Czy to ja szukam dziury w całym? Czy to ja bez powodu grymaszę? Czy wyrosłam z takiej literatury? Dlatego cieszę się, że nie jestem sama.
      Ogólnie do opinii podchodzę z dystansem, bo często podoba mi się coś, co inni odrzucają, i na odwrót, ale, kurczę, kiedy cała blogosfera krzyczy "to jest takie dobre - 10/10", trudno nie ulec, oczekując rozrywki na przyzwoitym poziomie (min. 7-8/10). Człowiek się nastawi na dobrą lekturę, a potem rozczarowanie jest jeszcze większe.

      Dokładnie moje skojarzenie - podobne do Mercy Thompson, ale można się doszukać cech wspólnych z pozostałymi urban fantasy.

      Trochę tak właśnie to wygląda. Choć może być tak, że więcej na temat świata przedstawionego dowiemy się z kolejnych części. Nie znaczy to jednak, że tak powinno być. Uważam, że minimum informacji, które pozwala zrozumieć zasady działania świata, powinno się zawrzeć w pierwszym tomie, ba!, na jego początku. Choć - z drugiej strony - w urban fantasy świat często nie różni się od naszego. W opisie serii o Kate Daniels to właśnie wzmianka o postapokaliptycznym klimacie zachęciła mnie do czytania. Liczyłam na to, że świat przedstawiony będzie się bardzo różnił od naszego, a tu taki klops.

      Przyznam szczerze, że mnie te żarty śmieszyły tylko, kiedy trafiałam na cytaty w internecie, wyjęte z kontekstu. W książce wydały się jednak nie na miejscu. Gdy Kate myśli, że Curran mógłby ją w oka mgnieniu zabić, a potem wali mu między oczy "żarcikiem" moja reakcja ogranicza się do poirytowanego westchnięcia.


      Choć trzeba przyznać, że jeśli ktoś szuka lekkiej lektury albo lubi klimat urban fantasy, to pewnie mu się spodoba :)

      Usuń
    3. O rany, trafiłaś tym komentarzem w punkt. Mam dokładnie takie same odczucia :D Co do cytatów - też tak miałam - gdy pojawiały się oderwane od fabuły, to bawiły (jak np. ten z Lego), ale gdy miałam przed sobą całą otoczkę, to nagle przestawały śmieszyć, tylko wkurzały. Próbowałam to wyjaśnić koleżance, bo twierdziła, że ten fragment z Lego ją bawi, a ja miałam takie - no kurczę, faktycznie jest zabawny, ale nie przy całej otoczce. Autorzy nie potrafili dobrze wybrać momentu na żarty, więc wrzucali je wszędzie, gdzie popadnie.

      Usuń
  3. Kurczę... zniechęciłaś mnie i to konkretnie! Z opisu książka zapowiadała się mega ciekawie, zresztą ja też lubię powieści na bazie mitologii z przeplataną fantastyką. No i pomysł na fabułę był całkiem całkiem, ale szkoda, że bohaterowie tacy niewyważeni, a to przecież w głównej mierze od nich zależy odbiór książki przez czytelnika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie też miałam wrażenie, że będzie ciekawie i strasznie się zawiodłam. Może za dużo wymagam i to jest ten typ książki, który po prostu powinien bawić, ale skoro na dłuższą metę i tak nie bawił, no to znaczy, że coś jest nie tak (z książką albo ze mną - wolę wierzyć w pierwszą opcję ;) ).

      Tutaj dodatkowo problem potęguje fakt, że Kate jest narratorką powieści i często snuje swoje rozważania. Dokładnie na zasadzie: wiem, że gdyby chciał, to mógłby mnie zabić i nawet by się nie spocił, ale nie jestem szczególnie cierpliwa, więc... powiedziałam coś głupiego, żeby było "śmiesznie".

      Usuń
  4. Nie cierpię, kiedy bohaterowie są kreowanie jako niezniszczalne jednostki, które przyjmą na siebie pięć ostrzy, trzy postrzały, uderzenia w twarz, do tego spadną z szóstego piętra na beton, rozjedzie ich ciężarówka i przebiegnie po nich koń, a oni wstaną, wytrą nos i wrócą do walki. O Boże...
    I jeszcze wymuszony humor, który tylko powoduje niesmak, a nie zamierzone rozbawienie.
    O rany i na domiar wszystkiego jeszcze przerysowany, przesadzony świat! Trzymajcie mnie.
    Nie uratuje tego nawet przyjemna fabuła.
    Będę omijać ten twór szerokim łukiem.
    Pozdrawiam ciepło ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo! Jeszcze rozumiem, jeśli jest to jakoś uzasadnione np. przyspieszoną regeneracją wynikającą z czegoś tam, ale było nie było, Kate jest człowiekiem.

      Niesmak wywoływał fakt, że humor był chyba najważniejszym elementem powieści, a postaci i poszczególne sceny miały drugorzędne znaczenie i były mu podporządkowane. Z tego powodu większość rzeczy wypadała sztucznie.

      W tym miejscu nie wiem, czy nie zaczynasz się ze mnie nabijać :P Ale z tym światem to znów jest podwójny problem - bo z jednej strony wszystkiego jest za dużo, a z drugiej brakuje sensownego i składnego opisu. Trochę na zasadzie: były potwory z wszystkich mitologii, baśni i wierzeń, magia miała przypływy i odpływy, które robiły to, to, to i to, niektórzy mieli moc i np. byli wróżbitami, inni mieli magiczne przedmioty, były słowa mocy oraz proste zaklęcia, a oprócz tego jest jeszcze to, to, to i to. Zupełnie jakby Harry Potter miał zaraz wyskoczyć na imprezę z kultystami Cthulhu i sparklącymi wampirami ze Zmierzchu.

      Omijaj, omijaj!

      Pozdrawiam ;)

      Usuń
  5. Dobra, po takim opisie poddaję się i odpuszczę, bo coś czuję, że ta bohaterka jest gorsza od Celaeny z Tronu, a gorszej idiotki nie zniesę XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, w porównaniu z Celaeną Kate wypada całkiem nieźle :D Jak do tej pory chyba nie trafiłam na postać gorszą niż Zabójczyni (czy jak tam ona o sobie mówiła).

      Usuń
  6. No i trzeba sobie odpuścić, zazwyczaj staram się nie kierować opiniami, ale w tym wypadku sobie odpuszczę bo za dużo negatywów jednak spotykam na jej temat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, a ja trafiałam na same pozytywne opinie, jeszcze to wznowienie, które sugeruje, że książka była na tyle dobra, że należało zrobić dodruk, więc uznałam, że będzie bardzo dobrze, a było raczej słabo.

      Usuń
  7. Szkoda, że się zawiodłaś. Powiem szczerze, że jestem zaskoczona negatywną opinią tej książki. Wszyscy bardzo chwalą tą serię. Nie lubię takich niezniszczalnych bohaterów, którzy - jak to świetnie ujęłaś - są za fajni, żeby umrzeć :D będę miała na uwadze twoją opinię, gdy najdzie mnie chęć na tę serię.

    Serdecznie Cię pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po przeczytaniu książki w ogóle nie rozumiem zachwytów nad nią. OK, rozumiem poczucie humoru, ale ono powinno mieć sens i logiczne przesłanki, a nie: "Ha ha ha, powiem coś głupiego i nieadekwatnego, żeby tylko było zabawnie i to nic, że wiem, że to głupie i mogłoby mi się coś stać, gdybym nie była na to zbyt fajna". No tak odbierałam 90% scen. Może po prostu jestem zbyt czepialska i marudna ;)

      Usuń
  8. Nie przepadam za książkami z gatunku urban fantasy. Jakoś pomieszanie współczesności ze światem fantasy nie wyszło nikomu dobrze. Gdybym tylko z opisu wyczytała, że to książka z tego gatunku, na pewno bym po nią nie sięgnęła

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie lubię ten gatunek. Mam wrażenie, że dobrze napisane urban fantasy bardzo ładnie odświeża fantasy. Ale niestety coraz trudniej o dobrą i niepodobną do dziesięciu innych książkę z tego gatunku.

      Usuń