Czasami trafiam na książki, które intrygują mnie samym blurbem i sprawiają, że koniecznie chcę poznać zawartą w nich historię. Lubię dostawać to, czego się spodziewałam, chociaż niespodzianki są równie przyjemne. A może nawet bardziej. Silos autorstwa Hugh Howeya zapowiadał się na ciekawą i dość niespotykaną powieść w klimacie postapokaliptycznym. Czy dostałam to, czego oczekiwałam?
Z Ziemi, którą znamy, pozostały jedynie zgliszcza i pustkowia. Ludzie zamieszkują podziemny silos, ponieważ na powierzchni momentalnie zabiłoby ich toksyczne powietrze. Na 144 piętrach znajdują się mieszkania, maszynownie, żłobki, szpitale, pola hydroponiczne, pomieszczenia informatyczne – słowem wszystko, czego potrzeba do życia. A jeśli komuś to nie odpowiada, to zawsze może udać się na czyszczenie. Na zewnątrz. Nie wydaje się, by było zbyt wielu chętnych, tym bardziej początek powieści wzbudza konsternację, gdy stróż prawa Holston z nieprzymuszonej woli postanawia zostać czyścicielem. Prawdopodobnie odkrył to samo, co wcześniej jego żona. Ale co?