5 września 2016

Zbieracz Burz: szaleństwo niejedno ma imię

Wiedźmowa głowologia
Zbieracz Burz Mai Lidii Kossakowskiej był u mnie wieloletnim "półkownikiem" (Sylwka, dziękuję za to określenie, jest genialne :D) i uznałam, że czas najwyższy to zmienić. Nie miałam styczności z aniołami Kossakowskiej od czasów liceum, za to półtora roku temu poznałam wizję Skrzydlatych w wykonaniu Ćwieka. Wolałam wersję Kossakowskiej (poza Rafałkiem, który w Siewcy Wiatru ciągle szlochał... U Ćwieka przynajmniej miał charakter). Czy coś się zmieniło od czasu moich nastoletnich lat? Bardzo dużo. Czy miało to wpływ na mój odbiór lektury? Z pewnością. Ale może lepiej zacznę od początku...

Daimon Frey doświadczył Głosu Pańskiego, co jest niezwykłe, ponieważ Pan odszedł. Z pewnością byłby to powód do radości, gdyby nie fakt, że kazał Abaddonowi zniszczyć swoją ukochaną planetę - Ziemię. I od tego zaczynają się wszystkie problemy Tańczącego na Zgliszczach. Gabriel i Razjel uważają, że ich przyjaciela opętał Cień, więc próbują go powstrzymać i tymczasowo unieszkodliwić, dopuszczając się przy tym wszelkich "dopuszczalnych strat" dla dobra Królestwa. Michał nie ma aż takich skrupułów i woli zlikwidować zagrożenie. Daimon musi więc uciekać, ukrywać się i radzić sobie na własną rękę.

1 września 2016

Podsumowanie sierpnia

Wiedźmowa głowologia
Sierpień minął błyskawicznie. Nawet nie wiem, kiedy się zaczął, a już jest po wszystkim. I znów zamiast nadrobić zaległości czytelnicze, tworzę kolejne nieprzeczytane stosy. No ale nie ma tego złego. W końcu sięgnęłam po dwie książki, które leżały na półce od wielu lat (recenzje już wkrótce), przeczytałam książkę, którą od dawna chciałam przeczytać, więc nie powinnam narzekać (tekst już napisany, ale pewnie nie pojawi się przed 11 września).

W sierpniu przeczytałam:

23 sierpnia 2016

Skąd tu tyle szkła? Zabójcza Mary Sue w akcji

Wiedźmowa głowologia
Szklany tron autorstwa Sarah J. Maas był bardzo mocno reklamowany na całym świecie. Jako że nie pominięto Polski, środowisko wydawnicze aż huczało od peanów na jego cześć. Mam wrażenie, że ludzie przebywający w kręgach fantastyki nie mogli nie słyszeć o tym tytule lub przynajmniej nie kojarzyć okładki. W pewnym momencie wszędzie było pełno informacji na ten temat, a pochlebne recenzje mnożyły się jak grzyby po deszczu. Zaciekawiona i zaintrygowana dobrymi opiniami oraz bardzo wysoką oceną na Lubimy Czytać, postanowiłam w końcu przekonać się, na czym polega fenomen debiutanckiej powieści Maas. No i cóż... Po raz kolejny: nie mam pojęcia.

Książka jest co najwyżej przeciętna. Kiepsko napisana, chaotyczna, z fatalnie zarysowanymi postaciami i jedynie całkiem niezłym pomysłem fabularnym, mimo że nieszczególnie odkrywczym. Warsztat Maas pozostawia sporo do życzenia, a jej priorytety są dla mnie absolutnie niezrozumiałe. Od czasu Zmierzchu nie czytałam tylu opisów ubrań... Dawno też żadna bohaterka nie denerwowała mnie aż tak bardzo jak Calaena.

21 sierpnia 2016

Książkoholizm, czyli co sprawia, że kupuję książki

Terry Pratchett
Przepraszam za to zniknięcie, ale po prostu nie działał mi Blogger... Cały czas miałam informację o działaniach w toku, a jak próbowałam napisać posta, to wyskakiwał mi error. Nic nie dawały żadne relogi, restarty przeglądarki ani komputera. Nie mogłam nawet wysłać przygotowanych wcześniej postów.

W sumie podsumowanie lipca jest już bez sensu, więc nie będę go dodawać. Zamiast tego chciałabym napisać skąd czerpię inspiracje do wyboru i zakupu książek (a niestety kupuję ich zdecydowanie więcej, niż jestem w stanie przeczytać...).

1. Autorzy

Mam kilku autorów, których książki kupuję, gdy tylko pojawią się na rynku wydawniczym. Ostatnio do takich pisarzy mogę zaliczyć Brandona Sandersona, a do moich wcześniejszych miłości (którym pozostałam wierna) należą Orson Scott Card i Terry Pratchett. O ile z Cardem trzeba uważać, bo skacze z jakością książek od absolutnych wyżyn, po skończone chłamy i niestety można się przejechać i niemiło zaskoczyć, o tyle u Pratchetta nie ma aż takich pomyłek. Gdyby spojrzeć na moją biblioteczkę, to pomijając dwie książki ze Świata Dysku, które zaginęły po pożyczeniu, to brakowałoby mi chyba tylko Johnny'ego i zmarłych oraz Johnny'ego i bomby.

25 lipca 2016

Druga odsłona Głębi Sergieja Łukjanienki

Fałszywe lustra Sergieja Łukjanienki to kontynuacja świetnego Labiryntu odbić, o którym pisałam w poprzednim poście. Po dwóch latach znów spotykamy Leonida i Vikę, ale poznajemy też zupełnie nowych bohaterów, którzy wnoszą powiew świeżości do świata Głębi. Mimo to miałam problem, żeby wgryźć się w drugą część, ponieważ początkowo tempo jest dużo wolniejsze niż to, do którego przywykłam w Labiryncie. Jest to o tyle irytujące, że znam świat i postaci, a mimo to czułam się jak drugoklasista, któremu przedstawiają regulamin szkoły. Niewątpliwie jest to związane z nowinkami zaserwowanymi przez autora, jednak uważam, że nie trzeba było przeznaczać na nie aż tyle czasu. Do najważniejszych zmian należy fakt, że ludzie przestali "tonąć", a więc nurkowie stali się zbędni. Do tego jest jeszcze Leonid, który wpadł w deep psychozę. Nie może sobie poradzić w realnym świecie, więc robi cokolwiek, byle tylko móc przebywać w Głębi (pracuje w wirtualnym świecie jako tragarz... I sam doskonale rozumie idiotyzm tej sytuacji). W związku z tym znaczna część książki jest poświęcona jego fatalnemu stanowi psychicznemu oraz próbach ukrycia choroby przed Viką.

19 lipca 2016

Zanurkuj w Głębi: Labirynt odbić

Zanurkuj w Głębi: Labirynt odbić
Na samym wstępie zaznaczę, że książka ma tak obrzydliwą okładkę, że nie jestem w stanie na nią patrzeć, dlatego nie będę jej tu pokazywać. Co gorsza nijak się ma do treści, wobec czego absolutnie nie mam pojęcia, kto wpadł na taki "genialny" pomysł. 

Labirynt odbić to książka Sergieja Łukjanienki, najlepiej znanego z cyklu o Patrolu. Powieść przedstawia świat, w którym ludzie wchodzą do Głębi, programu przenoszącego do wirtualności, symulującego realny świat. Spędzają w nim czas bawiąc się, spotykając ze znajomymi z całego świata, a nawet pracując. Program jest płatny, tak samo jak wszystkie oferowane usługi, a jednak coraz więcej osób chce dołączyć do elitarnego grona wirtualnej społeczności. 

15 lipca 2016

Ilion - wojna trojańska na Marsie z Szekspirem w tle

Ilion - wojna trojańska na Marsie z Szekspirem w tle
Jako miłośniczka mitologii greckiej nie mogłam przejść obojętnie obok Ilionu Dana Simmonsa. Wizja nowej wersji wojny trojańskiej, do tego rozgrywanej na Marsie, jest intrygująca sama w sobie, a nazwisko autora zobowiązywało, więc bez zastanowienia kupiłam książkę i w końcu po nią sięgnęłam. Przyznaję bez bicia, że męczyłam ją chyba trzy czy cztery miesiące, ale udało się! Skończyłam i mogę podzielić się moimi wrażeniami.

W Ilionie nic nie jest oczywiste ani takie, jak mogłoby się wydawać. Mieszkańcy Ziemi zatracili całą swoją wiedzę i umiejętności zdobyte przez tysiące lat istnienia. Nie potrafią czytać, nie znają żadnych pojazdów poza rikszami ciągniętymi przez wojniksy, nie posiadają absolutnie żadnej wiedzy technicznej. Po prostu nic. Banda idiotów, której usługują serwitory. Żyją równo 100 lat, odliczane dwudziestkami. Jeśli przez przypadek coś im się stanie, trafiają do konserwatorni, czyli miejsca, w którym ich DNA jest rekombinowane i odbudowywane. Trafiają tam też również co dwadzieścia lat, dzięki czemu się nie starzeją. Nie robią nic poza zabawą, upijaniem się, flirtowaniem i faksowaniem (czyli teleportacją) do innych ośrodków miejskich.

Z kolei na Marsie trwa wojna trojańska. Można spotkać Achillesa, Hektora czy piękną Helenę, a także bogów - Zeusa, Atenę, Aresa i całą resztę. Wśród nich poruszają się scholiaści, którzy analizują, czy przebieg wojny jest zgodny z tym, który Homer "zapisał"* w Iliadzie.

No i są jeszcze morawce, biomechaniczne stworzenia, żyjące na księżycach Jowisza. Zostają wysłane na Marsa w celu zweryfikowania dziwnych zjawisk, które nie powinny mieć miejsca. Tylko nie do końca wiadomo, jaki charakter ma mieć ta misja - pokojowy czy wręcz przeciwnie.

11 lipca 2016

Tutaj każdy może zdradzić każdego, czyli co myślę o Czerwonej królowej

Tutaj każdy może zdradzić każdego, czyli co myślę o Czerwonej królowej
Szukałam czegoś nowego do przeczytania i w końcu zdecydowałam się na książkę, o której ostatnimi czasy stało się bardzo głośno i która na pewnym znanym portalu została okrzyknięta książką roku w kategorii fantastyki. A do tego ma bardzo ładną okładkę, co może nie determinuje wyboru, ale z pewnością go ułatwia. Czego by nie mówić, przyjemnie czyta się książki, o które ktoś zadbał. Oczywiście mam na myśli Czerwoną królową - debiutancką powieść Victorii Aveyard.

Autorka przedstawia historię Mare Molly Barrow, która nagle, z dnia na dzień, ze zwykłej, biednej dziewczyny bez perspektyw (tudzież z perspektywą przymusowego wcielenia do wojska), zmienia się w jedną z najważniejszych osób w państwie i zamieszkuje w królewskim pałacu. Niektórzy mogą stwierdzić, że ma niesamowite szczęście i los się do niej uśmiechnął. Inni, nieco bardziej wnikliwi, zastanowią się, czy złota klatka jest lepsza od brudnej gałęzi...