Nie od dziś wiadomo, że nie jestem miłośniczką twórczości Stephena Kinga. Od jakichś jedenastu lat próbuję przeczytać „Zieloną milę” i chyba nadal nie jestem w połowie… Za to zupełnie spontanicznie uznałam, że zapoznam się z „Billym Summersem”. I mam kilka przemyśleń…
Billy Summers jest płatnym zabójcą, który pilnuje, żeby zabijać wyłącznie złych ludzi. Wszystkim wokół pokazuje się jako człowiek o ograniczonym intelekcie, chociaż w istocie jest wyjątkowo inteligentnym i oczytanym mężczyzną. Gdy przyjmuje swoje ostatnie zlecenie, wie, że będzie inne niż wszystkie poprzednie.
Przede wszystkim Billy ma podawać się za pisarza, zamieszkać na przedmieściach i spędzić w okolicy kilka miesięcy, zanim będzie mógł zlikwidować swój cel. Zaczyna więc pisać autobiografię, która stanowi jego rozliczenie się z przeszłością, a jednocześnie daje czytelnikowi szansę na bliższe poznanie bohatera – weterana wojny w Iraku. Dzięki temu zabiegowi fabuła rozgrywa się dwutorowo, co zawsze stanowi pewne urozmaicenie książki.





